Myśli codzienne spotykane nie przypadkiem, w całkowicie przypadkowych chwilach. Szanuj prawo autorskie dla każdej myśli.
Kategorie: Wszystkie | poezja | polska | poszukiwania siebie | rozterki | wiersze
RSS
piątek, 29 marca 2013

Śmierć... Strach przed śmiercią... Ile razy śmierć dotyka nas za życia...

    Wielu z ludzi zatrzyma się dziś na chwilę, może jedyny raz w roku, aby pomyśleć nad kruchością otaczającego nas świata. Dla Chrześcijan, oczywiście tych praktykujących to Wielki Piątek, dzień ukrzyżowania Chrystusa. Dla innych to dzień jakich wiele w każdym tygodniu, poniektórzy z sarkastycznym humorem stwierdzą, że dzisiejszy dzień w Kościele Katolickim to dziwaczny rytuał adoracji dwóch desek zbitych w formie krzyża. 

    Większość z nas boi się śmierci, z upływem lat zaczyna o niej myśleć coraz częściej. Dla cierpiących jest wyzwoleniem z bólu, dla szczęśliwych niezrozumiałą karą, dla udręczonych ucieczką w nicość. Śmierć, jedyna tajemnica, której człowiek jak na razie nie jest w stanie rozwiązać. Drzwi, które mają klamkę tylko z jednej strony, wchodząc w nie, nie mamy powrotu. 

    I śmierć doczesna, w zamknięciu samego siebie spotykająca coraz częściej żywych, zewnętrznie tak idealnych. Jak wielu wracając do czterech ścian po konsumpcyjnym wariackim dniu w korporacji umiera w pustce, otchłani swego umysłu. Śmierć duszy, kiedy ciało pięknie rzeźbione idealnym balsamem najnowszej generacji molekularnej zostaje sprzedane za grosze na bazarowym rynku kariery. Czy śmierć następuje kiedy dusza nie godzi się z umysłem, kiedy niematerialne wnętrze naszego serca zaczyna kłócić się z wyrachowaniem umysłu ?

    

    

czwartek, 28 marca 2013

    Tyle myśli w głowie się kłębi, w małej głowie, w dużej głowie, w każdej głowie.

    Każde dziecko z dzisiejszego pokolenia czterdziestolatków było na swój własny sposób szczęśliwe. Do zabawy wystarczył kijek znaleziony na podwórku i trochę fantazji, którą każdy z podwórkowej ferajny miał rozbudowaną do granic możliwości. Nie było wypasionych, kolorowych zabawek, jeden telefon stacjonarny na 70 mieszkańców bloku, zapach francuskich perfum dostępny tylko w Pewex, najlepszy smak miały owocowe dropsy zwinięte w ruloniku jak bankowy bilon, a kolorowe t-shirty wyrażające osobowość barwiło się w garze oczywiście po wcześniejszym zdobyciu białego chińskiego podkoszulka. Dziesiątki prawdziwych przyjaciół, bo fakt braku wirtualnego świata uczył normalnego nawiązywania znajomości.    

    Patrzę często na dzisiejsze dzieciaki i nie potrafię zrozumieć, że ich szczęście i poczucie wartości jest zależne od zdobycia ilości punktów w dziwnych grach tworzących wirtualne społeczeństwo, od ilości "lajków" pod łazienkowo - lustrzanym zdjęciem z najnowszego modelu telefonu, od umiejętności używania wyrafinowanych  wulgaryzmów w stosunku do siebie, które czasem w młodzieżowym slangu oznaczają nawet komplementy. Dlaczego są tak oddaleni od naszego prawie idealnego i szczęśliwego dzieciństwa ?

    To nie są inne czasy jak mówi wielu. Stworzyliśmy sami takich wirtualnych małolatów zapominając o tym jak wspaniałe było nasze dzieciństwo kiedy do szczęścia wystarczyła iskra rozpalonej wyobraźni. Nie uczymy ich korzystania z fantazji, lecz używania sztucznej inteligencji, która powoli wypiera właściwe człowiekowi odruchy. To co miało  ułatwić nam życie, tak naprawdę utrudnia nam właściwy kontakt z drugim człowiekiem. Żaden monitor nie jest wstanie zastąpić ciepła i bliskości drugiego człowieka. Nawet najlepszy sprzęt nie spowoduje, że w chwili słabości poczujemy obok siebie kogoś komu na nas naprawdę zależy. 

    Czy aby to pokolenie wychowane na elektronicznych podzespołach odnajdzie drogę tworzenia z niczego...

środa, 27 marca 2013

Kim jesteśmy ? A może czym jesteśmy ?

Jak zmienialiśmy się na przestrzeni naszego życia, a jak w skali ewolucji ?

    Dawno, dawno temu walczyliśmy o życie prowadząc łowczy tryb eliminując słabszych współtowarzyszy naszej planety - i to było wybaczalne, bo aby przeżyć należało zdobyć pożywienie. Motorem każdego działania była potrzeba "zwykłego" przeżycia.  Potem nastały czasy, kiedy nauczyliśmy się wykorzystywać słabszych duchem i umysłem do własnych potrzeb, które nie koniecznie mieściły się w ramach niezbędnych z pierwszego rzędu. I tu motorem działania nie było już samo życie, ale chęć zaistnienia w nim samym. Czasem pojawiały się wybitne jednostki, które odczuwały więcej niż proza własnego "ja" próbując tworzyć ideały o ogólnonarodowej miłości i wolności, czasem nawet uśpiony lud dawał się porwać w myśl ideału pachnącego niekończącym się horyzontem przyszłości.

     A co dzieje się w naszych umysłach dziś, kiedy ewolucyjnie tak bardzo różnimy się od naszych praprzodków ? 

    Nader często odczuwam, że w większości z nas skumulowały się wszystkie najgorsze emocje i czyny naszych przodków przyduszając niebezpiecznie właściwe sercu i duszy ciepłe dziecinne uczucia. Otaczający "świat" rzeźbiąc z niebywałą precyzją ludzkie charaktery kreuje marionetki wpadające w pęk sznureczków pociąganych w rytm pustego wyrachowania. Kiedyś walczyliśmy o przetrwanie życia, dziś trudno określić słowem jaka idea przyświeca "walczącym" o skumulowanie wokół siebie materii zaśmiecającej właściwe pojęcie bycia człowiekiem. Najprostsze - najlepsze, ludzkie odruchy zamieniły się w dziwną batalię, gdzie większość ludzi to szpiedzy nie wiadomo kogo, ale lepiej donosić na kogokolwiek, gdziekolwiek i cokolwiek kreując tym samym własną pozycję. W dzisiejszych czasach eliminuje się nie wroga, ale współtowarzysza, pojęcie współpracy w grupie powoli zamiera, każdy w dziwnym amoku strachu "wyrzuca" z gry będących zbyt blisko, jakby fakt tej niezidentyfikowanej  bliskości miał zagrozić brakiem tlenu w jego własnej sferze bycia.

Kiedyś razem żyliśmy w strachu przed naturą, dziś  żyjemy sami w strachu przed samymi sobą. Jako dzieci baliśmy się ciemności, jako dorośli boimy się dnia.

    "Życie to jest teatr" pisał kiedyś Stachura.  Tak to prawda. Życie to teatr z niezliczoną ilością kukieł, marionetek, mimów... tylko kto jest reżyserem tego coraz bardziej przerażającego przedstawienia ?

   

sobota, 23 marca 2013
Polacy nie cierpią zmian... Wygrana w dzisiejszym meczu mogłaby niejednego z nas doprowadzić do niepotrzebnej palpitacji serca, a jak wiadomo polskie służby zdrowia nie są przygotowane na wzmożone przyjmowanie pacjentów z rozdygotanym podnieceniem emocjonalnym, prawdę mówiąc z jednym pacjentem mają problem, a co dopiero z cała populacją. Reasumując dzisiejsze zagranie polskiej reprezentacji miało na celu uchowanie nas kibiców od niepotrzebnych zawałów serca, których nie potrafiono by zdiagnozować na ostrych dyżurach i przy okazji których nasilenia NFZ nie byłby w stanie zrefundować. Cud uchronili nas od syndromu cypryjskiego - budżet państwa nie wytrzymałby tak wielkiego obciążenia zawałowego z symptomem załamania nerwowego że jednak jak się chce to można wygrać ;)
00:09, ankabieg
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 marca 2013

  Czasem próbuje odnajdywać siebie z przed lat: wesołą, otwartą na ludzi, na nowe doznania, ale nie ma jej w niej samej, nie ma też obok, nie ma dawnej jej w przedmiotach, które mimowolnie wzbudzają wspomnienia.

  Nigdy nie myślała o sobie samej, nie była typem cholernej egoistki i pewnie przez to zapomniała i zatraciła samą siebie. Wszystko dookoła było ważniejsze, najważniejsze. To co było ważne dla niej samej spychała na dalszy plan, poza kadr własnego wzroku i myśli. Kiedy ktoś potrzebował pomocy rzucała wszystko, kiedy potrzebowała jej sama nie umiała o nią prosić. 

  Dziś jest sama, zupełnie sama, z masą wirtualnych "przyjaciół" na portalu społecznościowym. Dziwne, wielokrotnie ludzie zazdrościli jej samozaparcia, ciekawych znajomości, tworzyli jakiś wyimaginowany obraz jej własnej osoby nie znając jej uczuć, lęków, myśli. Tak, była wspaniałym aktorem teatru o nazwie "Życie", nikt nie był wstanie poznać jej prawdziwości za maską twarzy wypracowanych dla potrzeb ogółu. 

  To groteskowe, ironiczne, że budując obcą siebie dla ludzi wybudowała sztuczną inteligencję, która nie potrafi już nawiązać prostolinijnego kontaktu z własną duszą.

Wiersze V.Venerdiego