Myśli codzienne spotykane nie przypadkiem, w całkowicie przypadkowych chwilach. Szanuj prawo autorskie dla każdej myśli.
Kategorie: Wszystkie | poezja | polska | poszukiwania siebie | rozterki | wiersze
RSS
czwartek, 04 kwietnia 2013

    Siedzę zatopiona w myśli kłębiące się w głowie, w czterech ścianach swojego ja, szukam okna lub drzwi, które można byłoby otworzyć na oścież i wyjść na drogę prowadzącą do istnienia.

    Siedzę, jeszcze nawet nie stoję. Nie widzę jeszcze drzwi, ani okna. Błądząc wzrokiem po murze oddzielającym od świata szukam pokładu siły płynącej z naczyń krwionośnych do mięśni, z mięśni do mózgu, z głowy do serca. Szukam tych sił egzystencjalnych, które budzą w człowieku energię do powstania z martwych treści umysłu.

    Siedzę, jeszcze wstać nie próbuję. W szarości otaczającego muru szukam gry kolorów zaglądając w otchłań przez zielone szkiełko. Szklana kula milczy cieniem, w zielonym szkiełku odbijając puste kartki przedwczorajszej gazety. Nie zapisane jeszcze myśli kręcąc niebezpieczne piruety spadają z hukiem na twardą rzeczywistość podłogi.

    Siedzę, jeszcze posiedzieć mi trzeba. Zgarnąć rozsypane myśli w garści, poukładać na dno papierowej torebki, zamknąć szczelnie, niech rosną. Na wiosnę rozsieję powoli, pieszcząc każde ziarno myśli by kiełkiem ślad tęczy naznaczyć.


sobota, 30 marca 2013

    Sobota, dla wielu tak wyczekiwana po całym tygodniu mordęgi i katuszy. Wielka Sobota, dla niektórych kojarzona tylko z potoczną "Święconką", dla innych z wyciszeniem, dla masy nowoczesnych z dniem szaleństw gdzie w spokoju można napić się kultowego browara z wysokoprocentową wkładką.

    Jaka właściwie powinna być ta jedyna Sobota w roku ? Może jak Wigilia dla katolików, może ciepła, wiosenna pozwalająca na spacer, może taka jak inne... Może jednak nie. Każdy z nas odczuwa w którymś momencie swego życia potrzebę zatrzymania się, spojrzenia trzeźwym wzrokiem na otaczający ład lub bałagan, rozważenia "za" i "przeciw" nad oczekującymi decyzjami. 

    To jedyny dzień w roku gdzie cisza przemijania może nam uświadomić tak wiele nietrwałych i złudnych "wartości", które są bardziej kruche od porcelany i kryształu. Nie traćmy tego dnia jak wielu innych w mijających tygodniach. Sprawmy by właśnie ta Sobota nie przelała nam się przez palce, ale aby stworzyła w nas iskrę, która jak wiosna tchnie chociaż odrobinę nowego życia. Usiądźmy w ciszy na chwilę i pobądźmy z samymi sobą, nauczmy rozmawiać się ze swoim "ja" i wsłuchajmy się we własne potrzeby, niezadowolenia, porażki. Nie bądźmy jak myszki biegnące w swoim kołowrotku, pozwólmy sobie na moment komfortu bycia w szczególnym związku ze swą duszą i umysłem. To dzień, który być może, na nowo pomoże odkryć nam to co przypadkiem utraciliśmy biegnąc wciąż nieustannie w codziennej prozie życia.

    Nasze umysły nie są zabarwione tylko szarością coraz gorszych informacji podawanych na tacy w codziennych wiadomościach - mamy w sobie wszystkie kolory, których jedynie nie potrafimy odszukać pędząc w otchłań, bez ustanku.

Ciiiiii.... cisza, chwila dla nas, dla mnie, jestem szukam się....


piątek, 29 marca 2013

Śmierć... Strach przed śmiercią... Ile razy śmierć dotyka nas za życia...

    Wielu z ludzi zatrzyma się dziś na chwilę, może jedyny raz w roku, aby pomyśleć nad kruchością otaczającego nas świata. Dla Chrześcijan, oczywiście tych praktykujących to Wielki Piątek, dzień ukrzyżowania Chrystusa. Dla innych to dzień jakich wiele w każdym tygodniu, poniektórzy z sarkastycznym humorem stwierdzą, że dzisiejszy dzień w Kościele Katolickim to dziwaczny rytuał adoracji dwóch desek zbitych w formie krzyża. 

    Większość z nas boi się śmierci, z upływem lat zaczyna o niej myśleć coraz częściej. Dla cierpiących jest wyzwoleniem z bólu, dla szczęśliwych niezrozumiałą karą, dla udręczonych ucieczką w nicość. Śmierć, jedyna tajemnica, której człowiek jak na razie nie jest w stanie rozwiązać. Drzwi, które mają klamkę tylko z jednej strony, wchodząc w nie, nie mamy powrotu. 

    I śmierć doczesna, w zamknięciu samego siebie spotykająca coraz częściej żywych, zewnętrznie tak idealnych. Jak wielu wracając do czterech ścian po konsumpcyjnym wariackim dniu w korporacji umiera w pustce, otchłani swego umysłu. Śmierć duszy, kiedy ciało pięknie rzeźbione idealnym balsamem najnowszej generacji molekularnej zostaje sprzedane za grosze na bazarowym rynku kariery. Czy śmierć następuje kiedy dusza nie godzi się z umysłem, kiedy niematerialne wnętrze naszego serca zaczyna kłócić się z wyrachowaniem umysłu ?

    

    

czwartek, 28 marca 2013

    Tyle myśli w głowie się kłębi, w małej głowie, w dużej głowie, w każdej głowie.

    Każde dziecko z dzisiejszego pokolenia czterdziestolatków było na swój własny sposób szczęśliwe. Do zabawy wystarczył kijek znaleziony na podwórku i trochę fantazji, którą każdy z podwórkowej ferajny miał rozbudowaną do granic możliwości. Nie było wypasionych, kolorowych zabawek, jeden telefon stacjonarny na 70 mieszkańców bloku, zapach francuskich perfum dostępny tylko w Pewex, najlepszy smak miały owocowe dropsy zwinięte w ruloniku jak bankowy bilon, a kolorowe t-shirty wyrażające osobowość barwiło się w garze oczywiście po wcześniejszym zdobyciu białego chińskiego podkoszulka. Dziesiątki prawdziwych przyjaciół, bo fakt braku wirtualnego świata uczył normalnego nawiązywania znajomości.    

    Patrzę często na dzisiejsze dzieciaki i nie potrafię zrozumieć, że ich szczęście i poczucie wartości jest zależne od zdobycia ilości punktów w dziwnych grach tworzących wirtualne społeczeństwo, od ilości "lajków" pod łazienkowo - lustrzanym zdjęciem z najnowszego modelu telefonu, od umiejętności używania wyrafinowanych  wulgaryzmów w stosunku do siebie, które czasem w młodzieżowym slangu oznaczają nawet komplementy. Dlaczego są tak oddaleni od naszego prawie idealnego i szczęśliwego dzieciństwa ?

    To nie są inne czasy jak mówi wielu. Stworzyliśmy sami takich wirtualnych małolatów zapominając o tym jak wspaniałe było nasze dzieciństwo kiedy do szczęścia wystarczyła iskra rozpalonej wyobraźni. Nie uczymy ich korzystania z fantazji, lecz używania sztucznej inteligencji, która powoli wypiera właściwe człowiekowi odruchy. To co miało  ułatwić nam życie, tak naprawdę utrudnia nam właściwy kontakt z drugim człowiekiem. Żaden monitor nie jest wstanie zastąpić ciepła i bliskości drugiego człowieka. Nawet najlepszy sprzęt nie spowoduje, że w chwili słabości poczujemy obok siebie kogoś komu na nas naprawdę zależy. 

    Czy aby to pokolenie wychowane na elektronicznych podzespołach odnajdzie drogę tworzenia z niczego...

środa, 27 marca 2013

Kim jesteśmy ? A może czym jesteśmy ?

Jak zmienialiśmy się na przestrzeni naszego życia, a jak w skali ewolucji ?

    Dawno, dawno temu walczyliśmy o życie prowadząc łowczy tryb eliminując słabszych współtowarzyszy naszej planety - i to było wybaczalne, bo aby przeżyć należało zdobyć pożywienie. Motorem każdego działania była potrzeba "zwykłego" przeżycia.  Potem nastały czasy, kiedy nauczyliśmy się wykorzystywać słabszych duchem i umysłem do własnych potrzeb, które nie koniecznie mieściły się w ramach niezbędnych z pierwszego rzędu. I tu motorem działania nie było już samo życie, ale chęć zaistnienia w nim samym. Czasem pojawiały się wybitne jednostki, które odczuwały więcej niż proza własnego "ja" próbując tworzyć ideały o ogólnonarodowej miłości i wolności, czasem nawet uśpiony lud dawał się porwać w myśl ideału pachnącego niekończącym się horyzontem przyszłości.

     A co dzieje się w naszych umysłach dziś, kiedy ewolucyjnie tak bardzo różnimy się od naszych praprzodków ? 

    Nader często odczuwam, że w większości z nas skumulowały się wszystkie najgorsze emocje i czyny naszych przodków przyduszając niebezpiecznie właściwe sercu i duszy ciepłe dziecinne uczucia. Otaczający "świat" rzeźbiąc z niebywałą precyzją ludzkie charaktery kreuje marionetki wpadające w pęk sznureczków pociąganych w rytm pustego wyrachowania. Kiedyś walczyliśmy o przetrwanie życia, dziś trudno określić słowem jaka idea przyświeca "walczącym" o skumulowanie wokół siebie materii zaśmiecającej właściwe pojęcie bycia człowiekiem. Najprostsze - najlepsze, ludzkie odruchy zamieniły się w dziwną batalię, gdzie większość ludzi to szpiedzy nie wiadomo kogo, ale lepiej donosić na kogokolwiek, gdziekolwiek i cokolwiek kreując tym samym własną pozycję. W dzisiejszych czasach eliminuje się nie wroga, ale współtowarzysza, pojęcie współpracy w grupie powoli zamiera, każdy w dziwnym amoku strachu "wyrzuca" z gry będących zbyt blisko, jakby fakt tej niezidentyfikowanej  bliskości miał zagrozić brakiem tlenu w jego własnej sferze bycia.

Kiedyś razem żyliśmy w strachu przed naturą, dziś  żyjemy sami w strachu przed samymi sobą. Jako dzieci baliśmy się ciemności, jako dorośli boimy się dnia.

    "Życie to jest teatr" pisał kiedyś Stachura.  Tak to prawda. Życie to teatr z niezliczoną ilością kukieł, marionetek, mimów... tylko kto jest reżyserem tego coraz bardziej przerażającego przedstawienia ?

   

Wiersze V.Venerdiego